a poooo tem da j daj tej dzief czyniebia ływelonkup kup dwieob rączkiszczerozło te
Po raz pierwszy od dwudziestu lat nie słyszałam wycia o dwunastej pierwszego września.
I jest mi z tym łird, bo tak zawsze zaczynałam jesień.
I teraz nie wiem - mam już jesień czy nie?
Będąc wydelegowaną, co chwila dostawałam SMS-y w typie
ale leje albo
wracaj, deszcz tak piękny, że poszłabyś się opalać.
Wróciłam i co?
Słońce napiżdża, niebo niebieskie jak moje soczewki. Wycia nie było, głową nie łopotałam, po wietrze ani śladu.
Gdzie ja wróciłam????
Za to wiedząc, że niekoniecznie będzie telewizor, na pierwszego września zabrałam ze sobą fi
lm. I zarzuciłam w kompie.
To już się robi taka mała, czteroletnia tradycja.
Niezmiennie go kocham, niezmiennie wyłażę z niego przez dwa dni.
Włosy też bardziej rude niż czerwone, makijaż rdzawy, pierwszy kasztan zerwany.
Ach, SMS o treści "dziś pierwszy, Ciebie też mdli?" również przyszedł, więc już sama nie wiem.
Niby pół na pół, więc co?
Może uznam, że mam tę jesień?
(frotka)
zaos tat ni grosz
A za chwilę "Rozważna i romantyczna".
Ze Snejpikiem moim law najukochańszym!!
;)))
A że nie lubię TYLKO oglądać, jest szansa, że coś tu powstanie.
Choć nie ma pewności.
Ale tyyyyyyle myśli mi pod kopuła się zderza, że muszę to gdzieś wsadzić.
Myślodsiewnia u Ptyśki, więc chyba tu ;)
(frotka)
jakbar dzonam się zmieeeeeeeenił świat
Jestem tak głodna, że wpieprzam mleko w proszku na sucho.
Mam jeszcze kisiel truskawkowy, ale po pierwsze nie umiem zrobić, a na sucho to nie rere, a po drugie - jest niedukanowski.
Tak tak, ja strasznie ostatnio dukanowska jestem.
Na przykład jak jem w kejefsi, to zawsze z kurczaka zdzieram panierkę, a frytki odsączam z tłuszczu na chusteczce.
A z twistera nie jem tej owijki.
;
No kurna, w powrotach do domu najpiękniejsze jest to, że nigdy nie mam forsy - w sensie, że gotówki, bo nie chce mi się nigdy iść do bankomatu. To po pierwsze.
A po drugie, że moja lodówka - na co dzień i tak pustawa - świeci tylko światłem. Bo nawet nie pustkami.
Staram się przed wyjazdem całe żarcie komuś oddać, bo zazwyczaj po powrocie muszę wietrzyć całe mieszkanie :D
Łał, a w mam talent młody wymiata po francusku. Za język francuski oddałabym się chyba byle kloszardowi pod koloseum ;
**************
Kuuuuuuuuuuurwa, no!
To nie fer!
Ten facet je bigos, a ja też chcę!
;(
**************
Idę szukać w zamrażarce!
Może jakieś lody mam. Takie do drinków.
(frotka)
Kiedyś nadejdzie dzień, w którym obrobię zdjęcia.
Kiedyś.
Ale kiedy podłączam pamięć i wyskakuje mi liczba, to prawie jak za pierwszym razem, jak zobaczyłam te komentarze.
Nie do przejścia!
;)))
Najpierw wywalić nieostre, ruszone, niewyraźne i szit.
Potem wybrać po jednym ujęciu z trzydziestu tej samej sytuacji lub przedmiotu.
Potem obrobić.
Potem ocenzurować.
Potem wybrać te kilka tysięcy, z których trzeba wybrać te, które się podobają.
Potem te kilka, które warto wrzucić znajomym na poczty.
Potem te do wywołania.
Potem chwila odpoczynku w psychiatryku :)))))
Potem zmienić pamięć i apiać!
:D
(frotka)
ajlukin fore gudtajm
Trochę mną wszcząsło, nie?
To co tam poniżej.
;))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Aż się gęba śmiała, jak czytałam.
Zawsze mnie ominie najlepsza impreza, strach normalnie oczy na chwilę zamknąć.
Patrzę, że się wszyscy dobrze bawili, więc udam, że nie widzę tych butelek w kącie, za kwiatkiem. I że ten kawałek cytryny nie pleśnieje na parapecie w kuchni.
A kolory w mieszkaniu podobają mi się bardzo. Natomiast ska
fandryjska łazienka przyprawia mnie o skręt karku, tak tam barwnie.
Muszę przyznać, że liczba jest lekko szokująca. W pierwszej chwili człowiek myśli, że się pomylił. Że to po przecinku albo coś ;)
Szał pyty!
;-)))))
(frotka)
giwa bita yyyyyyym to mi ędaj giwabita yyyyym tuju
Kupiłam takie malusieńkie ogóreczki korniszonki i wtryniłam już cały słoiczek.
Och, jak zdrobniale to zabrzmiało :)
Są przepyszne - w życiu nie jadłam korniszonów, a tu masz babo ogórka, zjadliwe.
Coś bym sobie fajnego obejrzała.
Komedię dobrą.
W chacie syf. Nie zmywałam od niedzieli. Nie wiem co mam, chyba depresję letnią.
Niesamowicie mnie bawi, kiedy ludzie narzekają na pogodę, nie mając na kogo jej zwalić.
Nie żebym ja nie narzekała, ale że nienawidzę upałów wie chyba każdy, głęboką zimą też nie zmieniam zdania.
Dziś w sklepie, kiedy płaciłam za pieczywo, na stoisku warzywnym po drugiej stronie, uroczy starszy pan, rozglądając się po ludziach, zapytał w przestrzeń:
- A panie tutaj to pracują czy kawę piją?
- Herbatę - zachichotałam cicho do ekspedientki, która pakowała moje zakupy.
- Na pewno poszły na kawę - odpowiedziała panu Moja Pani, ale powiedziała to z uśmiechem, sympatycznie, wołając jednocześnie kogoś do stoiska warzywnego.
Pan się lekko uniósł:
- To jak panie będą właścicielkami sklepu, to wtedy będą mogły pić sobie pić kawę. A teraz mają mnie obsłużyć!
- Proszę pana? - odwróciłam się do niego - Może pan nie będzie krzyczał? To nieeleganckie.
Pan spurpurowiał.
- Może ta pani poszła zrobić kupę - dodałam i ruszyłam w stronę drzwi.
Niestety, tym razem poklasku nie było, a plecy aż mnie piekły od oburzonych spojrzeń. Bo te kilka osób obecnych w sklepie, było w typie tego pana i jak śmiałam, ja - gówniara, tak się wtrącić?
Chamstwo, roszczeniowa postawa, brak kultury, wzbudzają we mnie agresję i również reaguję chamstwem. To również jest nieeleganckie, wiem. Ale nigdy nie mogę się powstrzymać.
(frotka)
wspomnień anioł stróż zmarszczki czasu liczy
Ja pierdolę, tak sobie piszę i jednym okiem zerkam na program na travel living. Leci o małych pięknościach.
Małe dziewczynki, pięciolatki, są strojone, malowane, fryzowane i potem wystawiane na wybieg, gdzie się prężą, uśmiechają sztucznie, walczą.
Żenada!
Wypuścili nawet maluchy. W sensie, że takie, co dopiero zaczęły chodzić, jeszcze w pieluchach niektóre.
Przyklejają im rzęsy!!!!
Bosz, te matki mają nasrane we łbach, przysięgam!
(frotka)
podniebem gwiazd podniebem gwiazd żyjemy
A jeśli chodzi o jedzenie...
:))))
Żarcik, żarcik.
*****************
W tym roku przeszła mi koło nosa bardzo fajna znajomość.
Znaczy nie, może inaczej. Bo znajomość jest.
W liceum miałyśmy trzy grupy. Jedna, nazywana przez nas Beverly Hills, to były takie różiowe cipcie, co to wiecznie ciuchy, malowidła i chłopaki w dyskotekach, a muzyka taka, że do dziś mi wstyd za nie. To były, powiedzmy Ania, Asia, Anita i Aniela. Na swój sposób fajne laski, bo były inteligentne, miały swoje zdanie, potrafiły się wykłócić o swoje i ogólnie charakterne. Tylko ten ich styl - żenuła.
Druga grupka, to byłyśmy my - siedem wyszczekanych bab, które nie wiadomo zupełnie dlaczego zapałały do siebie sympatią. Nie wiadomo dlaczego, bo:
# pierwsza obwieszona rzemieniami, kolczykami, ubrana na czarno, w glanach - taka mieszanka metalowca z punkiem, z ostrą muzyką i jeszcze ostrzejszym jęzorem - to ja
# druga, zakochana w swojej melancholii, wiecznie zdołowana na pokaz, z wierszami Wojaczka w dłoni i w głowie, w wyciągniętych swetrach i glanach - do dziś jedna z moich dwóch najserdeczniejszych przyjaciółek i dziś zupełnie inna niż w liceum ;)
# trzecia, wiecznie zakochana, z każdym facetem, który stanął jej na drodze, gotowa była budować sobie życie, ubrana zwyczajnie, nie wyróżniająca się z tłumu
# czwarta, zapalona siatkarka, sportowiec pełną gębą, całe liceum w dresie i adidasach, słuchając ówczesnego rapu
# piąta, jakby siłą oderwana od grupy Beverly Hills, w najmodniejszych spódniczkach, obcasikach, makijażu, o który toczyła batalię z wychowawczynią, z najnowszą muzyką dyskotekową w słuchawkach walkmana, wiecznie w pogoni za jakimś najmodniejszym ciachem
# szósta, elegancka, błyskotliwa, najinteligentniejsza z nas, ze sprecyzowanymi planami na przyszłość, dziewczyna tak piękna, że wszystkie czułyśmy dumę, iż przyjaźni się właśnie z nami, jednocześnie prymuska klasowa, ale z gatunku takich, które po prostu słuchają lekcji i już wiedzą
# siódma, ciepła, otwarta na ludzi, to ona zawsze łagodziła konflikty w naszej grupie, nadziana jak kinderniespodzianka, ale tak skromna, że nikt, kto je nie znał, nie uwierzyłby w to bogactwo
Pozostałe dziewczyny tworzyły, przynajmniej według nas, trzecią grupę - grupę, która się nie liczyła.
Żyły wszystkie swoim życiem, czasem się z nimi gadało, czasem trzeba było coś wspólnie zorganizować, ale żeby coś bliżej - nie zdarzało się.
I moja grupa, i BH, to były naprawdę mocne charaktery. Spięcia kilka razy w tygodniu. O cokolwiek. Taka rywalizacja o rządy w klasie. Muszę przyznać, że nigdy nie udało nam się ich tak naprawdę pokonać i przez całe cztery lata trwała rywalizacja. Rządziłyśmy wszystkie.
Ale za to szacunek, jaki miałyśmy do siebie wzajemnie, jest nie do opisania. Do dziś, kiedy wspominam nasze walki, to się uśmiecham.
I zawsze grałyśmy czysto, i one, i my. Nigdy nie było podkładania świń, nie było obsmarowywania dupy przed obcymi, jeśli się obgadywałyśmy, a oczywiście, że obgadywałyśmy, to tylko w swoim gronie. I wszystkie pretensje były wywalane od razu, wszelkie niejasności wyjaśniane w oczy. Nieraz zamykałyśmy się w klasie i przez dziesięć minut darłyśmy się na siebie tak, jak tylko potrafią się drzeć nastolatki. Rzucałyśmy sobie w twarz wszystko, co nie pasowało, wypominałyśmy wszystko, my im lizanie dupy nauczycielom, one nam, że nie chcemy się składać na kwiaty czy gazety na klasówki.
Ale dzięki temu, dzięki tym kłótniom, nie nienawidziłyśmy się nigdy. Mogłyśmy się nawet razem śmiać. Ha! Mogłyśmy! My się często razem śmiałyśmy, często razem się wygłupiałyśmy na przerwach, śpiewałyśmy, kombinowałyśmy ucieczki.
Dziś wiem, że pod skórą, w głębi siebie, my się zwyczajnie lubiłyśmy.
Po skończeniu szkoły, od czasu do czasu widywało się którąś na mieście. Przystawało na chwilę, wymieniało kilka plotek, pytało z kim się ma kontakt.
Z niektórymi wychodziło się na piwo.
Z przyjaciółkami, jasna sprawa, inaczej - cały czas się widujemy, ale z innymi kontakt był raczej sporadyczny.
W tym roku, po piętnastu latach od poznania, spotkałyśmy się wszystkie - my i BH.
Co to było za spotkanie! Z niektórymi dziewczynami nie widziałam się od skończenia liceum.
A tymczasem piskom i wrzaskom radości nie było końca. Języki nam się grzały, śmiechu było na cały lokal, uściski, porozumiewawcze spojrzenia, wspomnienia.
Zajebiście się nam gadało, wszystkie licealne kłótnie zostały wyciągnięte na światło dzienne i zdrowo obśmiane, to, co nas kiedyś wkurwiało, dziś wydawało się urocze i takie niewarte tych kłótni.
Odśpiewałyśmy nawet naszą dyżurną piosenkę, co niektóre z nas doprowadziło do łez.
Lubiłyśmy się.
I teraz, po latach, i wtedy, w liceum.
Myślę, że to właśnie dzięki tym walkom, dzięki ścieraniu się charakterów, temu szacunkowi do siebie, dziś możemy wszystkie się spotkać i razem napić.
Kurwa, naprawdę się lubimy.
Szit, znowu zeszłam z tematu :)
Właśnie na tym spotkaniu pogadałam sobie trochę więcej z Anią, jedną z BH, i tak nam było do wszystkiego po drodze. Tak podobne mamy życia, tak podobnie patrzymy na wiele spraw, że naprawdę chciałabym się zaprzyjaźnić.
Niestety, Anka mieszka w Stanach i do Polski przyjeżdża raz na pięć lat.
I chuj strzelił tę znajomość.
Naprawdę żałuję.
(frotka)
lecą z drzewa jak dawniej kasztany
Bosz, laski, ja chyba nawet jako niemowlak nie jadałam tak regularnie.
Ale języki pourywam przy samej dupie, bo A KURWA NIE MÓWIŁAM???!!!
Pół kilo do przodu!
;))))))
Dobra, bo zaraz ktoś uwierzy - w piździe to mam tak naprawdę. Wahania wagi mam cały czas.
Najgorszy jest nawrócony alkoholik, a najgorsza zdrowo odżywiająca się frotka ;)
Ja współczuję każdemu, kto to będzie czytał, bo temat zdaje się będzie jeden - żarcie :D:D
Zrobiłam pranie.
Wywiesiłam.
Po dwóch godzinach wyszłam na balkon sprawdzić czy nie widać gdzieś błysków. I zdjęłam pranie.
SUCHE JAK PIEPRZ!
Co się dzieje, kurna? Dwie godziny? Dżinsy?
Cóż było robić, uprałam ręczniki. Przed chwilą sprawdzałam - wilgotne już tylko na końcówkach.
(frotka)
pipol at de łorld spajsup jor lajf
I uważaj, o czym marzysz, bo ci się może spełnić.
Żastina zabrała mnie na piknik do takiej chatynki pod lasem. Z grillem, ogniskiem i mnóstwem ludzi, między innymi z mojej pracy.
Udało się wszystko pięknie, choć nie powiem - pogoda mnie lekko zabijała.
Stanęłam więc swoim zwyczajem na polance pod lasem i zaczęłam przyzywać burzę.
- Ściągasz? - spytała Żastina.
- Próbuję. Zobacz, niebo się ściemnia nad horyzontem.
- Eeeee, nie, wydaje ci się. Po prostu mrok zapada.
- Nie - mówię - zaraz przyjdzie.
- Czemu ty tak lubisz burzę? Ja się boję.
- A wiesz jakie jest moje marzenie? Żeby tak z pięć metrów ode mnie uderzyła piorunem.
(na co zerwał się wiatr i nieco się prawie zeszczałam w gacie z wrażenia :P)
Nie przyszła zaraz.
Przyszła po jakiejś godzinie.
Ale jaka przyszła!
Musiałam ją obudzić, albo oderwać od serialu, bo wpadła tak wkurwiona, że masakra.
Dosłownie!
Zmasakrowała nam lasek, pourywała gałęzie, zmiotła wszystkie luźne liście, mech, parasole. Pioruny, jakie mi wysyłała, żeby wyrazić niezadowolenie, przeraziły nawet chłopaków, którzy schowali się w domku.
A ona, widząc, że nadal stoję i obserwuję niebo, nie zważając na strumienie wody zalewające mi oczy i wichurę szarpiącą sukienkę, zakręciła nagle deszcz, ale zakurwiła takim piorunem, że - nie wstydzę się przyznać - po raz pierwszy w życiu zmiękły mi nogi. Dosłownie ugięły się w kolanach.
Piorun grubości mojej nogi - dziewczyny, które widziały moje nogi i mogą sobie porównać, powinny teraz się z szacunkiem tej burzy pokłonić - więc piorun grubości mojej nogi i tak jaskrawy, że jeszcze kilka minut później nic nie widziałam, uderzył w odległości nie większej niż dziesięć metrów ode mnie, w trzeci może rząd drzew w lesie. Że burza nie trafiła w żadne z nich, przypisuję tylko jej wkurwieniu - wiadomo, jak się wkurwisz, to na ślepo wszystko robisz z tej złości.
Huk, trzask, jakby ktoś rozrywał arkusze blachy, był niesamowity.
Kilka minut byłam ślepa, a w uszach mi tylko brzęczało.
Przysięgam, że miałam miękkie nogi i nie byłam w stanie się ruszyć.
Nie, nie bałam się nadal - swego nie trzeba się bać, ale głos mi zadrżał, kiedy pytałam stojącego obok mnie Patryka czy widział to, co ja.
Widział.
Wszyscy wiedzą, jak kocham burzę. Wszyscy wiedzą, że bardziej niż pod stołem, można mnie podczas nawałnicy znaleźć na balkonie.
Ale kurwa, tej nocy po raz pierwszy w życiu, ze zwykłego strachu o siebie, wyłączyłam komórkę.
W środku lasu, przy nieuziemionym domku, naprawdę nabiera się szacunku do żywiołu.
To, co rozpętało się po tym pierwszym piorunie, przeszło moje najśmielsze marzenia. Błyskawice nie były już tak spektakularne, ale pozostałe, grubości ręki dorosłego człowieka, też robiły odpowiednie wrażenie.
Pioruny nie rozświetlały czarnego nieba. Nie. To niebo bez przerwy było jasnofioletowe, a ja byłam prawdziwą frotką w ultraviolecie.
Błyskawice - po dziesięć, piętnaście jednocześnie, w różnych częściach nieba, przecinały je co ułamki sekund. Deszcz znowu padał, burza się wyładowywała, a ja stałam z Patrykiem i chłonęłam.
Z jednej strony, z wrażenia, dygotały mi kolana i rozsądek podpowiadał, że trzeba uciec, a z drugiej jakiś głos w głowie mówił, że do końca swoich dni nie darowałabym sobie, gdybym teraz się schowała.
W całym swoim życiu nie widziałam nigdy takiego zjawiska.
Być poza miastem, bez możliwości schronienia się w uziemionym budynku, wśród drzew, w które w każdej chwili może uderzyć grom!
Nic nie jest w stanie przebić tego uczucia. Nic.
Nie interesowało mnie, co myślą sobie o mnie koledzy. Od jakich idiotek muszą mnie w myślach wyzywać. Nie myślałam o tym, że zazwyczaj to tacy, którzy najbardziej kozaczą, najczęściej źle kończą.
Nic mnie nie interesowało, poza burzą. Zafascynowana wpatrywałam się w rozrywane niebo, czując, jak przez ciało przebiegają mi dreszcze. Może nawet dreszcze strachu.
Adrenalina buzowała.
Nie potrafię tego opisać. Brakuje mi słów, żeby przekazać piękno tych błyskawic, huk grzmotów, na ile gałęzi rozchodziły się pioruny, jak jaskrawe potrafi być fioletowe niebo, jak błyszczą krawędzie chmur, kiedy przecina je błyskawica, jak jaskrawa jest sama błyskawica! Jakie wrażenie robi dziesięć piorunów w jednej sekundzie. Jaki okropnie głośny jest grzmot, jak dudni w uszach, jak trzeszczy.
Brak mi słów.
Po prostu.
(frotka)
giwmi giwmi giwmi dżast a litel smajl łi gara mesycz for ju sanszajn sanszajn rege dont łory
Gdybym miała się teraz określić, to śmiało mogłabym powiedzieć, że jestem maszynką do czyszczenia lodówki.
Jem.
Jem cały czas.
Mam wrażenie, że w ogóle bez przerwy.
Co najlepsze - jem i chudnę!
Broń boh, żebym narzekała na chudnięcie, ale bez przesady z tym jedzeniem, co?
Ja nie jestem przyzwyczajona.
Nie umiem. A raczej nie umiałam. Bo teraz to hohoho, bez kozery powiem pińcet :)
O jedzeniu zazwyczaj zapominałam. Albo mi się nie chciało robić. Albo nagle poczułam głód i po dziesięciu minutach mi przechodził i znowu zapominałam.
Teraz, to nienienie pani frotko, nie-e. Jesteśmy głodne i jemy. Co jest. Nieważne, aby coś wrzucić do gęby.
Co kilka godzin. Dwie? Coś koło tego. Czuję nagle ssanie w żołądku, potem taki już normalny głód i chuj. I nie ma, że przeczekam. Nie, skończyły się dobre czasy. Teraz po prostu muszę iść i coś wsadzić do paszczy.
Dziwne. Nie przywykłam.
Waga leci, aż miło.
Najchętniej wstawiłabym tikerek, ale na boga, chyba żadna kobieta nie przyznaje się do swojej PRAWDZIWEJ wagi??! A sfałszowana, to po co mi tikerek, co nie?
:)
Sumując wszystko - jestem na razie zajebiście zadowolona z tej diety.
***********************************
Teraz kurwa pewnie zadziała to, czego zawsze się obawiam. Że jakieś sfrustrowane cipy wejdą, pomyślą: a chuj, a żeby jej ta waga w miejscu stanęła
I ona się - ta waga - zatrzyma.
Na wszelki wypadek przed snem odczynię urok zwrotny, więc może lepiej niech nikt nie ryzykuje ;)))
(frotka)
więc wo łam san tama rija ty usłyszwo ła nie
"Zdejmij buty!" krzyczało się zawsze po rozłożeniu kocyka na trawie, będąc tym młodszym nastolatkiem.
A potem, kiedy z bosymi stopami biegało się po trawniku, to i tak już nikt się nie przejmował, że na kocu przewalają się tony trawy i piachu.
Tylko że wtedy, kiedy byliśmy dzieciakami, kurewsko szanowaliśmy swoje prośby. Dzisiaj lepiej uważać co się mówi, bo można zostać wyśmianym.
(frotka)
inys grejgrej łord łernołba-dy sings ajsode fejs ofe hjumen dol
No i co z tego?
Po prostu lubię lekkie filmy.
A moment, kiedy Ian mówi, że sam, z własnej woli, pryskał się
łindeksem, jest moim ulubionym momentem w całym filmie.
Lubię go. Film znaczy, nie łindeks ;)
Jest radosny, lekki, powoduje, że przez cały seans mam uśmiechniętą mordkę.
Jak na "Mamma Mia".
(frotka)
niebąć ta ki szypki bil
W tej diecie są różne nakazy i zakazy.
Jest nakaz jedzenia, bo organizm musi trawić.
Jest nakaz picia, bo wiadomo - zdrowo i nerki.
Jest zakaz jedzenia chleba i makaronu, bo tuczą.
Jest zakaz jedzenia słodyczy i owoców bo cukry.
Jest też jeden zakaz specjalnie dla frotek.
Jest to
ZAKAZ CZYTANIA KSIĄŻEK LUCY MAUD MONTGOMERY!
Zakaz absolutnie nie do ominięcia. Zakaz, którym, gdyby wymyślił go ktoś inny, powinna zająć się Komisja Praw Człowieka. Niestety, zakaz ten wymyśliła sama frotka.
A to jak wiadomo suka pierwszej wody i wszelkie pretensje ma w odbycie.
Męka.
To jedyne słowo, które może określić moje samopoczucie, kiedy teraz czytam "Pat ...". Dobrze, pomyślałam, odpuszczę sobie "Anie ...", bo tam wiecznie jedzą i mnie po prostu skręci. Sięgnęłam po pannę Gardiner.
Błąd! Błąd! Po trzykroć błąd!
U Montgomery jedzą wszyscy.
Ślinotok mam na każdej kartce tej książki, a już jak Judysia smaży w środku nocy bekon, to mi język do dupy ucieka (jak mówi moja babcia)
Na dietach nie można czytać książek!
(frotka)
komoł bejbi dudeloko moszon
Od rana tańczę dziś nago na balkonie. Odziana tylko we wianek ze stokrotek.
No i proszę, zajrzała.
Zamruczała.
Cześć - mówię - chodź.
I chyba idzie ;)
(frotka)
© Copyright frotka 2005 - 2007 | proj.
graphic-arts | All Rights Reserved